Warszawa – aborcyjna propaganda nie wytrzymała konfrontacji z prawdą

W ostatni wtorek w Warszawie miał miejsce marsz w rocznicę tzw. „czarnego protestu”. Pod pretekstem haseł o prawach kobiet, uczestniczki marszu domagały się między innymi większego dostępu do aborcji. Jakby około 1000 dzieci (w tym 500 dziewczynek) zabijanych co roku w Polsce w świetle prawa było za małą zbrodnią.

Hipokryzję organizatorów marszu oraz manipulację kryjącą się za jego hasłami obnażyła pikieta, którą zorganizowali wolontariusze Fundacji Życie i Rodzina oraz jej sympatycy. Hasła, które na pierwszy rzut oka mogłyby się wydawać się atrakcyjne (jak „prawa kobiet”) są tak naprawdę eufemistycznymi określeniami tragedii nienarodzonych dzieci. Pokazywał to nasz baner, który przedstawiał tragiczne skutki „prawa wyboru”, a de facto – barbarzyńskiego prawa do pozbawienia życia drugiego człowieka.

Pikieta miała spokojny przebieg, a wśród osób, które z nami rozmawiały, przeważało poparcie i podziękowanie za przeprowadzenie tej akcji. Nie wyobrażaliśmy sobie, żeby miało być inaczej, nawet pomimo niesprzyjających warunków, jakie postawiła przed nami pogoda. Każde sprostowanie kłamstwa zwolenników aborcji i pokazanie prawdy o niej przybliża nas do osiągnięcia celu – ochrony każdego życia.

Marsz środowisk proaborcyjnych zgromadził o wiele mniej uczestników niż w roku poprzednim. Propaganda aborcyjna jest coraz mniej skuteczna, także dlatego, że nie wytrzymuje konfrontacji z prawdą. Bo tylko na pierwszy rzut oka w tym sporze można mieć wątpliwości. Wystarczy przedrzeć się przez głoszone hasła i sięgnąć do treści, która za nimi stoi. Zwolennicy aborcji chcą rozszerzyć prawo do zabijania dzieci nienarodzonych, w tym dziewczynek oraz deprawować dzieci pod kłamliwym hasłem „Ratujmy kobiety”. Trudno o bardziej wyrazisty przykład przysłowiowego wilka w owczej skórze. Bo kobiety trzeba ratować, ale właśnie od aborcjonistów. Ratować matki, które zachęca się do zabijania własnych dzieci, noszone przez nie pod sercem córki, aby mogły bezpiecznie się urodzić, nawet gdy są chore lub podejrzane o chorobę. Trzeba ratować też lekarki i położne, które w wyniku obowiązującego prawa uczestniczą w tym procederze.

Czarny protest się odbył i był tylko cieniem protestów sprzed roku. To bardzo dobry znak. Warszawa była jednym z wielu miejsc w Polsce, gdzie odpowiedzieliśmy na „czarny wtorek” pokazując prawdę o aborcji. Jednocześnie zbiórka podpisów pod projektem „Zatrzymaj aborcję” jest niemal na półmetku. Być może za rok o tej porze Polska będzie krajem, w którym dzieci chore i podejrzane o chorobę będą w łonach matek bezpieczne, chronione przez prawo. Zwolennikom aborcji nie pozostanie wówczas nic innego, jak odkryć karty i powiedzieć jasno: chcemy przywrócić możliwość zabijania chorych dzieci, o ile chorobę uda się nam wykryć przed narodzeniem. Hasła te wykrzyczy garstka, bo im bliższe rzeczywistości są hasła proaborcyjne, tym mniej osób je popiera. Życzmy sobie więc, żeby to był ostatni czarny protest. Do (nie)zobaczenia za rok!

 Bartłomiej Bakon

Udostępnij Tweet