Aborcja eugeniczna – mord w majestacie prawa

Małe dziecko umierające samotnie po nieudanej aborcji przy bierności personelu szpitala. Takie sytuacje zdarzają się częściej niż sądzimy, zazwyczaj za zamkniętymi drzwiami, więc nie mamy szans się o nich dowiedzieć. O tym się nie mówi. Odkłada się noworodka w ciepłe miejsce, gdzie niewykształcone płuca walczą o każdy oddech. Gdy przestaną, dziecko umiera i staje się kolejnym szpitalnym odpadkiem. To się dzieje nie tylko w Polsce.

W Australii Zachodniej Nick Goiran, poseł z ramienia Partii Liberalnej, zaczął zadawać niewygodne pytania. Kto i na podstawie jakiego prawa decyduje, by odstąpić od reanimacji po nieudanej aborcji? Udało mu się bowiem ujawnić, że w latach 1999-2016 aż 27 dzieci przeżyło aborcję. Nic dziwnego – granica przeżywalności dziecka poza organizmem matki wymyka się ścisłym ustaleniom. Zwyczajowo przyjmuje się, że jest to 24. tydzień, ale najwyraźniej czas zrewidować ten pogląd, skoro najmłodszy uratowany wcześniak urodził się po 21 tygodniach i 4 dniach ciąży. Poseł dowiedział się, że 21 dzieci próbowano zabić między 20. a 25. tygodniem życia, a 6 nawet po 26. tygodniu życia. Wszystko wskazuje na to, że odstąpiono od reanimacji i pozostawiono je na śmierć. Sprawa wymaga zbadania, gdyż prawo Zachodniej Australii nakazuje lekarzowi zapewnić wcześniakom urodzonym po 23. tygodniu ciąży najlepszą możliwą opiekę. Teraz australijski poseł usiłuje ustalić co się stało z dziećmi i czy nie postąpiono wbrew prawu. W tym celu zainicjował zbieranie podpisów pod petycją do parlamentu Zachodniej Australii. Goiran chce zmienić prawo w ten sposób, by zobowiązywało lekarzy do zapewnienia dzieciom, które przeżyją aborcję takiej samej opieki jak wszystkim innym. To jest dobry krok, ale nadal działanie z gruntu nieskuteczne, bo zamiast likwidować przyczynę, tylko tuszuje efekty nieludzkiego prawa. W Australii Zachodniej można dokonać aborcji na życzenie aż do 20. tygodnia ciąży. Bez żadnego powodu można w połowie ciąży zabić dziecko, które jest doskonale rozwinięte, czuje ból i matka może wyczuć jego ruchy. Po tym czasie możliwa jest aborcja eugeniczna i w przypadku zagrożenia życia kobiety ciężarnej. Tylko zmiana prawa pozwoli uratować dzieci od powolnego konania.

Naturalnym jest, że pozostawienie malutkiego dziecka na śmierć szokuje i oburza. W Australii już przestaje, co widać po braku reakcji mediów czy parlamentu na starania posła Goirana. Dla Australijczyków zabijanie dzieci niemal u progu przeżywalności (20. tydzień) tylko dlatego, że rodzicie sobie tego zażyczą, jest normalne. To zabija wrażliwość na krzywdę tych najmniejszych.

Jak jest w Polsce? Za każdym razem gdy prasa nagłośni kolejny przypadek nieudanej aborcji, opinia publiczna jest zszokowana. Abstrakcyjne usunięcie bliżej nieokreślonego „zlepka komórek” staje się realnym mordem na malutkim człowieku. Ludzie czują gniew i odrazę, chcą zmian, które zapobiegną tym śmierciom. Sedno sprawy tkwi w tym, że odstąpienie od opieki nad dzieckiem, które przeżyje wymuszony przedwczesny poród, jest w Polsce zgodne z prawem. Zawsze schemat jest ten sam: prokuratura rozpoczyna dochodzenie i bada sprawę, szpital tłumaczy, że lekarze postąpili zgodnie z procedurami, po czym dowiadujemy się, że śledztwo umorzono. Przestępstwa nie było, bo to zupełnie legalne, że dziecko, które przeżyje, choć miało umrzeć, kona samotnie godzinę, dwie czy pięć. Jest jeden sposób, by powstrzymać ten straszny proceder: wprowadzić zakaz aborcji eugenicznej. W ubiegłym roku ponad 830 tysięcy polskich obywateli zasygnalizowało chęć takiej zmiany. Jak wiele dramatów musi się rozegrać w szpitalach, jak wiele dzieci musi umrzeć, by nieludzkie prawo zostało zmienione?

Natalia Klamycka

Udostępnij Tweet Udostępnij Wyślij