„Zabiłam swoje dziecko. Nigdy nie wybaczyłam sobie tego, co zrobiłam”

Dwadzieścia parę lat temu usunęłam ciążę. Dlaczego? Nie miałam łatwego życia, mąż mój pił i był słabym człowiekiem, na którym nie można było polegać. Bałam się, że sobie nie poradzę. Mieliśmy już jedną córkę, która miała wtedy niespełna dwa latka. Było mi ciężko, ale podjęłam tę decyzję o usunięciu ciąży, bo paraliżował mnie strach.

Nikt, ani mój mąż, ani żadna osoba z rodziny najbliższej nie próbowała mnie powstrzymać. Wszystkim było to na rękę. Jeden kłopot mniej. 

Już w szpitalnej poczekalni spotkałam sporo kobiet, około dziesięciu, dwunastu. Wszystkie przyszłyśmy tam po to samo, usunąć „problem” i odzyskać spokój. Żadna z nas nie odzywała się, panowała grobowa cisza. Czekałyśmy na wezwanie i kolejno wchodziłyśmy do gabinetu. Tam lekarz stwierdzał w jakim wieku jest płód i czy nadaje się do usunięcia. To taka procedura profilaktyczna. Następnie przechodziło się do przebieralni, gdzie zakładało się odpowiednią „koszulę”. Później przejście do tzw. sali „zabiegowej”. Tam usypiano każdą z nas i robiono to, co miało być zrobione. Chwilę później nas wybudzano, kazano się ubierać i, jak gdyby nic się nie stało, wypuszczano do domów.

Nikt nawet nie zapytał którejś z nas, czy ktoś po nas przyjedzie, czy mamy transport. Pozostawione same sobie. Po mnie przyjechał mąż. W domu otumaniające znieczulenie przestawało działać i zaczęło dochodzić do mnie co się stało. Poszłam do łazienki i dałam upust swoim emocjom. To nie był płacz – to było rozpaczliwe wycie. Dobrze, że w domu nie było córki, zapobiegliwa rodzina zaoferowała tego dnia opiekę nad nią. Gdy już nie miałam siły na płacz, położyłam się i zasnęłam, jednak nie na długo. Świadomość tego, co zrobiłam, dopadła mnie na dobre. 

Były we mnie sprzeczne uczucia i myśli. Z jednej strony czułam, że usunięcie ciąży było właściwe, bo przecież nie można było inaczej postąpić, a jednak… Pojawiły się pytania: może jednak dałabym radę? Może rodzina by mi pomogła? Z czasem zaczęłam się również zastanawiać jak wyglądałoby moje maleństwo. Odruchowo obliczyłam datę jego narodzin. 

Pojawiły się sny. Największym koszmarem był ten o niemowlęciu spadającym w jakąś nieokreśloną ciemność, a ja nie mogłam go złapać. I ten przeraźliwy krzyk dziecka w trakcie spadania. Widziałam tylko jego maleńkie rączki, nawet twarzyczki nie zdołałam zauważyć, okrywała ją straszliwa ciemność. Ten koszmar wyrywał mnie ze snu wiele razy.

Nigdy nie wybaczyłam sobie tego, co zrobiłam. Gdy pomyślę o tym dniu, nadal odczuwam ogromny ból. Gdyby wtedy ktokolwiek powiedział mi: nie martw się, ja ci pomogę, będzie dobrze – nie zrobiłabym tego, ale byłam kompletnie sama i przerażona. Bardzo tego żałuję. Wiem, że nawet psychologom trudno jest pomóc kobiecie, która dokonała aborcji, bo takiej tragedii nie da się wydrzeć z serca. 

Po wielu latach udręki ukojenie przyniosła mi spowiedź. Dała mi wolność i zapoczątkowała długi proces wybaczania sobie dokonanego czynu. To Bóg zabrał mi ciężar, którego sama nie byłam w stanie udźwignąć i rozpoczął we mnie proces przebaczenia samej sobie. Ból pozostał, jednak mam nadzieję w przebaczeniu i to dodaje mi sił do dalszego życia. Wiem, że wiele kobiet i mężczyzn nie wierzy w Boga i z ogromnym ciężarem zbrodni aborcji pozostają sami, sami zmagają się z cierpieniem, które ich przerasta. Ja mam wiarę i Boga, który dodaje sił i prowadzi.

Jak widać, wiem jak się czuje kobieta, która dokonała aborcji. Takiego przeżycia nie życzę najgorszemu wrogowi. Żadna feministka nie ma pojęcia o czym mówi. Można zagłuszać swoje sumienie w różny sposób, ale ono i tak wcześniej czy później się odezwie. Nie wygramy z tym. Wiele kobiet udaje, że wszystko jest  w porządku, bo takiej postawy oczekuje cały dzisiejszy świat. Mamy być twarde, nie poddawać się lękom i nie załamywać się, bo to oznaka słabości, a tego obecnie się nie toleruje. Niestety, nie mówi się o tym, że nigdy nie będziesz już sobą, gdy dokonasz aborcji. 

Mam nadzieję, że te słowa przemówią do serc ludzi. Tu już nie ja się liczę, ale kobiety, które podejmują decyzję o aborcji, także mając już dzieci. Zadecydują, że nie chcą kolejnego dziecka, zrobią to i wrócą do domów, a potem – proszę mi wierzyć – nie będą w stanie normalnie funkcjonować jako matki i żony. To nie jest wyrwanie zęba! Gdy kobiety nie będą miały takich możliwości, nie będą cierpiały, a przy tym ich rodziny będą zdrowsze. Zawsze jest możliwość oddania dziecka do adopcji, choć i to powoduje wiele cierpienia. Ale nie będzie to decyzja o zabiciu, dziecko będzie żyło.

Jolanta

Udostępnij Tweet Udostępnij Wyślij